środa, 30 lipca 2014

Green Pharmacy Krem do rąk - Argan

Green Pharmacy zagościła w mojej kosmetyczce po raz pierwszy. Skuszona pozytywnymi opiniami na temat tej firmy, zdecydowałam się na zakup kremu do rąk i paznokci. Kosmetyk wpadł do koszyczka w drogerii Hebe.


Odżywia, chroni przed czynnikami zewnętrznymi, przywraca gładkość i miękkość. Dobrze się wchłania, działa szybko i skutecznie. Zatrzymuje młodość skóry.
  • Olej arganowy, znany jako "płynne złoto Maroka", uznany od pokoleń, wyjątkowo bogaty naturalny składnik pielęgnujący, odżywia i regeneruje.
  • Roślinny kompleks multiwitaminowy wzmacnia to działania.
  • Alantoina przyspiesza gojenie ubytków i uszkodzeń naskórka, działa przeciwzapalnie, koi, nawilża i wygładza.
  • Keratyna i witaminy z grupy B wzmacniają płytkę paznokciową, chronią ją przed łamliwością i rozwarstwieniem.
  • Gliceryna nawilża i uelastycznia skórę. 


Krem dostępny jest w tubce o pojemności 100ml. Opakowanie jest zakręcane. Produkt zabezpieczony jest zaklejaną folią - taką jak przy paście do zębów.
Dłonie po aplikacji kosmetyku są znacznie odżywione, gładkie i miękkie w dotyku. Krem nie pozostawia tłustego filmu. Bardzo szybko się wchłania, aż sama byłam tym zdziwiona. Dla mnie bardzo dużym plusem tego produktu jest to, że moje dłonie się nie "ślizgają", jak to bywa po niektórych kremach. Czyli, że spokojnie mogę wziąć coś w ręce i nie czuję jakby miało mi to zaraz wypaść lub się wysunąć. Wiecie co mam na myśli? :)


Konsystencja kremu jest lekka. Bez problemu możemy go wycisnąć z tubki oraz rozsmarować na dłoniach. Krem ma delikatnie, żółte zabarwienie.
Zapach typowy dla kosmetyków z olejkiem arganowym - oczywiście różnią się one od siebie w poszczególnych produktach, ale ogólnie wszystkie są bardzo podobne. Utrzymuje się na skórze przez jakiś czas. Jest przyjemny i delikatny. 

Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na wersję z Arganem. Muszę Wam powiedzieć, że w pierwszej kolejności w koszyku leżał krem z tej firmy, ale rumiankowy. Los chciał, że akurat na półce znajdował się tester. Użyłam i... od razu rumianek wrócił na półkę. Jak dla mnie zapach zbyt ziołowy, mało przyjemny i lekko odrzucający. Wersję arganową wzięłam w ciemno - nie było testera. I na szczęście był to dobry wybór!
W okresie letnim nie stosuję tak często kremu do rąk jak to bywa zimą, dlatego pewnie ten produkt wystarczy mi na kilka miesięcy. 
Zdecydowanie polecam! Musicie go wypróbować :)

_________________________________________________________________________________
Chciałabym prosić o Wasze głosy na moją recenzję masła TBS.
Po oddaniu głosu aplikację bez problemu można usunąć :)
Dziękuję!

_________________________________________________________________________________

sobota, 26 lipca 2014

THE BODY SHOP Wild Argan Oil

Jestem niesamowicie szczęśliwa :) Jakiś czas temu udało mi się zakwalifikować do przetestowania nowego masła do ciała z nowej linii Wild Argan Oil, firmy The Body Shop. Moja radość jest tym większa, że nigdy dotąd nie stosowałam żadnego kosmetyku od tego producenta i w końcu miałam okazję nadrobić zaległości :) Na zakup produktów The Body Shop czaiłam się już od pewnego czasu, ale zawsze byłam zmuszona odłożyć to na później. W końcu los sam zadecydował, aby moja kosmetyczka powiększyła się o masełko tej firmy...


Naprawdę nie mogłam doczekać się, aż sama przekonam się czy wszystkie pozytywne opinie, które do tej pory czytałam na temat TBS i ich kosmetyków okażą się prawdziwe. Gdy tylko otrzymałam przesyłkę, nazwa "Wild" wywarła na mnie zbyt duży wpływ i jak dzika ;) rzuciłam się na opakowanie.
Na początku moją uwagę przykuł wygląd pudełeczka.. Myślę sobie... lody, na wieczku widzę pyszne lody, ale co to ma wspólnego z kosmetykiem? Doszłam do wniosku, że jednak jest to orzech drzewa arganowego, z którego spływa kropelka oleju. Była to znacznie bardziej trafna myśl biorąc pod uwagę nazwę całej linii kosmetyków :)
Opakowanie jest zakręcane. Pojemność testowanego produktu to 50ml.


Po odkręceniu wieczka, pierwsze na co na pewno zwrócimy uwagę to zapach. Naprawdę bardzo przyjemny i charakterystyczny. Podobny do innych kosmetyków z nutą oleju arganowego. Podobny, ale nie identyczny. To należy podkreślić. Tutaj muszę się przyznać, że przed każdym użyciem masełka, najpierw muszę spędzić kilka minut na jego wąchaniu. Nie mogę się powstrzymać. Naprawdę mi się podoba :)
Jak sama nazwa wskazuje jest to masło i konsystencja kosmetyku jest bardzo do niego podobna. W opakowaniu bardzo zbita, ale pod wpływem ciepła dłoni staje się bardziej miękka, przez co aplikacja jest łatwa. Wydaje mi się, że dzięki tej konsystencji kosmetyk jest tak wydajny. Wystarczy niewielka ilość produktu, a wysmarujemy sporą część ciała. Masełko bez problemu sunie po naszej skórze. Niesamowicie szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy, której tak nie cierpię.
Mam wrażenie, że na skórze zapach kosmetyku delikatnie się zmienia. Jest równie przyjemny i w żaden sposób nie jest drażniący ani nachalny. Utrzymuje się dostatecznie długo.
Masło niesamowicie nawilża naszą skórę. Z tego efektu jest najbardziej zadowolona. Dodatkowo po aplikacji mam wrażenie, jakby moja skóra była lepiej odżywiona i ładniej wyglądała. Koloryt jest zdecydowanie poprawiony. Ciało delikatnie błyszczy mimo, że samo masło nie zawiera w sobie świecących drobinek. Olej arganowy nazywany jest "płynnym złotem" i myślę, że to dzięki temu nasza skóra wygląda tak dobrze oraz, że tu może tkwić sekret rozświetlenia.
Zdecydowanie polecam każdemu!
Masło arganowe to mój pierwszy kosmetyk z firmy The Body Shop i dzięki niemu przekonałam się, że ich produkty są naprawdę godne uwagi.

Oprócz masła do ciała w serii Wild Argan Oil znajdziemy: scrub, żel pod prysznic, płyn do kąpieli, mydło do masażu, balsam do ciała, skoncentrowany olej na suche miejsca, rozświetlający olej do ciała i włosów oraz skoncentrowany balsam do ust.
Jestem pewna, że każdy znalazłaby coś dla siebie. Osobiście bardzo ciekawi mnie olej na suche miejsca.

A czy Wy stosujecie kosmetyki z TBS? Chętnie poznam wasze opinie :)


Jeśli spodobała Wam się moja recenzja możecie kliknąć w poniższą ikonkę i zagłosować na mnie w konkursie :) Będzie mi niesamowicie miło!
Podaję także link, gdyby coś nie działało: ZAGŁOSUJ (Szukać mnie na stronie 4 - Karolina)
Oczywiście później bez problemu możecie usunąć aplikację.
Z góry dziękuję.
      

wtorek, 22 lipca 2014

Eveline Balsam pod prysznic

Dzisiaj kilka słów o jednym z moich ulubionych kosmetyków :) Balsam pod prysznic z firmy Eveline. Obecnie na rynku dostępnych jest kilka wariantów tego produktu. Ja posiadam wersję "Głęboko odżywczą".
Jak to bywa w przypadku Eveline, kosmetyki są wielofunkcyjne. W tym przypadku mamy do czynienia z opcją 3w1. Głęboko odżywia, doskonale regeneruje i intensywnie nawilża.


Kilka słów od producenta:
Głęboko odżywczy balsam do ciała pod prysznic przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji skóry wrażliwej i suchej. Innowacyjna formuła oparta o technologię CELLFORTE®, działając w synergii z Luxury of Youth Complex™ intensywnie odżywia, nawilża i wygładza naskórek. Olejek arganowy uważany za prawdziwy „eliksir młodości” regeneruje, doskonale odmładza i poprawia kondycję skóry. Roślinne komórki macierzyste – PhytoCellTec™, pobudzają komórki macierzyste skóry do intensywnej samoodnowy, poprawiając gęstość i sprężystość naskórka. Kompleks witamin A, E, F hamuje procesy starzenia się, chroniąc komórki skóry przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Przyjemny, delikatny zapach zapewnia wyjątkowe uczucie świeżości i komfortu.

Nowatorska receptura oparta o zaawansowaną technologię CELLFORTE® sprawia, że natychmiast po zastosowaniu skóra staje się aksamitnie gładka i miękka w dotyku.
REZULTAT: głęboko odżywiona i aksamitnie gładka skóra natychmiast po użyciu balsamu.


Na opakowaniu znajdziemy także sposób użycia ;) Jest on bardzo prosty: myjemy się, płuczemy, nakładamy balsam i znów płuczemy. 


Co o nim myślę?
Bardzo sprytny kosmetyk. Dzięki niemu naprawdę możemy zaoszczędzić trochę czasu. Wygodnie i szybko się go stosuje. Nie musimy czekać na wchłonięcie przed wytarciem się ręcznikiem.. Nie przykleja się do ubrań, co jest bardzo ważne.
Pompka poprawia komfort stosowania. Nie wyobrażam sobie, gdybym balsam musiała wyciskać.
Kosmetyk wchłania się w naszą skórę niesamowicie szybko, a jego konsystencja jest dość gęsta, trochę tłusta. Wydaje mi się, że w tym tkwi cały sekret :) przez to nie spłuczemy całości balsamu. Po jego aplikacji czuję się jak kaczka ;-) woda dosłownie ze mnie spływa. Muszę tutaj zaznaczyć, że nie jest to niemiłe uczucie! Możliwe, że komuś może przeszkadzać, ale jak inaczej wyobrażacie sobie działanie balsamu pod prysznic? Musi on w jakiś sposób pozostać na skórze, a nie popłynąć razem z wodą.
Skóra po zastosowaniu produktu jest naprawdę odżywiona i bardzo miękka w dotyku. Zapach kosmetyku jest charakterystyczny dla produktów Eveline. Dla mnie ok :)
Kolejnym plusem, według mnie jest stosunek ceny do ilości produktu. Mamy go aż 350ml. Nie stosowałam balsamu pod prysznic konkurencyjnej firmy, więc nie wiem jak wygląda sprawa jego działania, ale zakup Eveline wychodzi taniej.

Zdecydowania i z czystym sumieniem polecam. U mnie na pewno znajdzie się miejsce na kolejne opakowanie tego balsamu. Chętnie też wypróbuje inne wersje.
Jest to genialny sposób na szybkie nawilżenie i odżywienie naszej skóry bez konieczności czekania na wchłonięcie. 

Stosowałyście kiedyś? Jakie jest Wasze zdanie? Chętnie poznam opinie na temat innych kosmetyków tego typu.

piątek, 18 lipca 2014

Zakupy w Hebe

W Hebe nie bywam często, niestety nie ma tej drogerii w moim mieście. Mając okazję akurat być w jej pobliżu, postanowiłam wstąpić na małe zakupy. Skusiło mnie także to, że zakładając kartę, dostałam bon na 10zł. Jego ważność była ograniczona, więc musiałam skorzystać z ostatniej okazji, aby go zrealizować. Co kupiłam? 


Tangle Teezer - skusiłam się! Szczotka wychwalana pod niebiosa. Must have ostatnich czasów. Cud, miód i orzeszki. Czy taka właśnie jest? O tym napiszę w najbliższym czasie. Przez długi czas nie byłam nastawiona na jej kupno. Nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę się jej posiadaczką. A jednak :) Przyczynił się do tego wspomniany bon oraz to, że akurat była na nią promocja. I uległam... Kupiłam ostatnią sztukę, którą widziałam w sklepie! Trochę szkoda, że nie miałam możliwości wyboru koloru. Chętnie wybrałabym fiolet, ale róż też mi odpowiada.

Green Pharmacy - arganowy krem do rąk. Cieszę się, że go kupiłam :) przypadł mi do gustu. Do tej pory chyba nic nie miałam z tej firmy. Krem ma lekko żółty kolor, jest lekki, ładnie pachnie, dobrze się wchłania. 100 ml w dobrej cenie.

Eveline 9w1 - balsam po depilacji, także arganowy, ale to czysty przypadek. Kupiłam bo jestem miłośniczką tej firmy i byłam ciekawa produktu, którego od nich jeszcze nie miałam.  Skóra po jego zastosowaniu jest naprawdę przyjemna. Czy zastąpi mój ulubiony krem po depilacji z Joanny? No nie wiem, zobaczymy.

Gillette Satin Care - żel do golenia, moja ulubiona forma. Zdecydowanie wolę żel od pianki. Nowość w mojej kosmetyczce. Sama jestem ciekawa jak się sprawdzi. Na razie muszę wykończyć resztki pianki Venus :)

Sense&Body - pędzel do zadań specjalnych. Niesamowicie miękki i delikatny. Wkrótce planuję napisać o nim więcej :) 

Znacie te produkty? Byłyście z nich zadowolone? 
Lubicie Hebe? Mi jest troszkę ciężko odnaleźć się w tej drogerii z racji tego, że nie bywam tam często, ale obsługa jest przemiła! Bardzo miło mnie to zaskoczyło.

wtorek, 15 lipca 2014

Złuszczająca maska do stóp Purederm - część 1

W ostatnim poście chwaliłam się zakupem złuszczającej maski do stóp z firmy Purederm, a teraz przyszedł czas na jej zastosowanie :) Postanowiłam, że na jej temat napiszę dwa posty. W pierwszej części podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat stosowania, a w drugiej napiszę o efektach (lub ich braku) jakie ona dała.


Na początku oczywiście przeczytałam informację na opakowaniu. Jak widać skarpetki przeznaczone są do stóp o rozmiarze poniżej 42. Chyba innego nie spotkałam w Biedronce.
Przed zastosowaniem skarpetek zmyłam lakier z paznokci. Nie chciałam, aby cokolwiek przeszkodziło w działaniu maski. Umyłam stopy i zabrałam się do działania...


Po rozerwaniu opakowania i wyjęciu skarpetek ukazuje nam się taki widok:


Zgodnie z instrukcją, należy przeciąć górną część skarpetki, aby otrzymać dziurę do włożenia stopy:


Wnętrze skarpetki wypełnione jest płynem. Jest go naprawdę sporo.
Według mnie zapach nie jest podobny do niczego o czym pisze producent. Mi się kojarzył z ziołami w spirytusie. 


No i zakładamy nasze złuszczające skarpetki :)
Trochę musiałam się postarać, żeby je dobrze włożyć. Przeszkadzało mi w tym to, że ciągle mi się składały. Oczywiście spowodowane to było tym, że w opakowaniu były złożone i chciały powrócić do tej pozycji. Oprócz tego w jednej ze skarpetek skleiła mi się wkładka, czyli ta widoczna biała część. Musiałam pomóc sobie rękami. W końcu udało mi się je założyć :) Ich rozmiar był naprawdę spory.


Z racji tego, że mam małe stopy postanowiłam założyć na "worki" zwykłe skarpety. Dzięki temu mogłam swobodniej poruszać nogami bez obaw, że coś się zsunie. Poza tym maska lepiej przylega do stopy. Także Wam to doradzam. I teraz tak sobie siedzimy około 90 minut. Najlepiej mieć pod ręką wszystkie potrzebne rzeczy, które pomogą zabić czas. Ja czytałam książkę :) Dobrze też jest po prostu usiąść spokojnie na czas "zabiegu", ponieważ chodzenie mamy znacznie utrudnione.
Siedząc miałam wrażenie jakbym była w przemokniętych butach. Tak chlupało w stopy :P Poza tym nie zauważyłam innych oznak działania, tym bardziej negatywnych.
Dochodzę także do wniosku, że krótkie i grube skarpetki bardzo poszerzają łydki :P ale trudno...


Po upływie określonego czasu, zdejmujemy maskę, płuczemy stopy w wodzie i czekamy na efekty :) Dodam, że mimo upływu 90 minut w skarpetce zostało jeszcze bardzo dużo płynu.

Sama jestem bardzo ciekawa jak moje stopy będą wyglądały za kilka dni i czy będę zadowolona z działania maski oraz czy wydane pieniądze nie poszły w błoto.
Na czas całej kuracji, czyli do zakończenia złuszczania postanowiłam zrezygnować ze stosowania jakichkolwiek kremów i scrubów do stóp.

Do zobaczenia w części 2!

Link do części 2: KLIK

sobota, 12 lipca 2014

Biedronkowo

W ostatnich dniach nie miałam za wiele czasu na bloga... na komentowanie Waszych postów oraz pisanie własnych, a to wszystko przez... egzaminy! Tak, tak. To najbardziej okropne co może być - egzaminy w lipcu. Dziś pisałam ostatni. Nie zdajecie sobie sprawy jak ciężko było mi się zmusić do nauki... ale mam już oficjalne wakacje! Mimo, że w ostatnim czasie miałam już dużo wolnego to dopiero teraz mogę z czystym sumieniem użyć słowa "wakacje" :) Egzaminy napisane, teraz tylko czekam na wyniki, a więc trzymajcie kciuki!

Dzisiaj szybki i trochę mało ambitny post o moich ostatnich zakupach w Biedronce :) Oczywiście nie licząc już suchego szamponu Batiste, o którym pisałam.


Oczywiście największą radość sprawił mi zakup złuszczającej maski do stóp! Bardzo się cieszę, że w końcu ją dorwałam. A było ciężko... Szukałam w Hebe, ale z racji tego, że akurat była na nią promocja, zastałam puste półki. Szukałam w Carrefour, ale bezskutecznie. I w końcu Biedronka zaskoczyła mnie wprowadzając ją do ostatniej kosmetycznej gazetki. Cena zadowalająca - 13.99zł, a to taniej niż nawet promocyjna cena w Hebe. Niedługo maska pójdzie w ruch i na pewno napiszę o efektach :)

Kupiłam także rajstopy w kolorze śliwkowym, 40DEN. Dałam za nie 2zł ;) więc stwierdziłam, że czemu nie. Kolor bardzo mi się podoba. Były dostępne także brązowe, niestety nie w moim rozmiarze. 

Masło do ciała z Bielendy, winogronowe. Nie będę się rozpisywała na jego temat bo widziałam je już na niejednym blogu. Na początku jakoś broniłam się przed jego zakupem, a gdy się już zdecydowałam - nie mogłam go nigdzie dostać! Cena masła poszła w dół, a u mnie w Biedronkach  ciągłe braki. W końcu udało mi się dostać! W sumie przez przypadek dojrzałam to masełko i wzięłam ostatnie ;) Cena bodajże 3.99zł

Podpaski Femina. Przyznam się, że kupiłam je pierwszy raz i mam nadzieję, że będę zadowolona z ich stosowania. Zobaczymy :) Cena 5.99zł

Płatki kosmetyczne Carea. Wersja Aloe Vera, chyba moja ulubiona. Mają wzmacniany brzeg. Bardzo cenie je za to, że się nie rozwarstwiają. Cena 1,99zł

Bardzo zaciekawił mnie elektryczny pilnik do stóp, który jest dostępny w aktualnej gazetce kosmetycznej. Ostatnio takie gadżety są bardzo popularne. Sama chętnie bym go wypróbowała, ale ciągle się powstrzymuje przed jego zakupem... W sumie cena nie jest wysoka bo tylko 19.99zł, ale jak to z Biedronkowymi rzeczami bywa, nie można do niego dokupić wymiennych rolek. I to jest największy ból!
Może któraś z Was go zakupiła? Chętnie poznam wrażenia :)

poniedziałek, 7 lipca 2014

F&M kaszmirowy cień do powiek

Dzisiaj przed Wami wystąpią dwa cienie do powiek firmy F&M :) Kupione zostały już jakiś czas temu. Był to mój pierwszy i jak na razie jedyny zakup z tej firmy, ale za to jaki udany!


  • Intensywne napigemntowanie sprawia, że kolor idealnie odwzorowuje się na powiece, nie wymagając poprawek w ciągu dnia
  • kremowa konsystencja, delikatna niczym kaszmir, ułatwia precyzyjne nałożenie kosmetyku
  • zawartość wysoko zmikronizowanych składników pudrowych zapewnia trwały makijaż oczu, bez obsypywania się
  • szeroka gama fascynujących, nasyconych kolorów
  • matowy
  • prasowany
  • waga: 2,5g
Tyle od producenta :) a co ja o nich myślę?



Zwróciłam na nie uwagę dlatego, że szukałam matowego cienia w kolorze beżowym. Gdy go ujrzałam w katalogu F&M od razu stwierdziłam, że biorę! A jak to się stało, że na liście zakupów pojawił się drugi cień? Namówiły mnie do niego koleżanki. I teraz bardzo im za to dziękuję :)
Wybrane przeze mnie kolory to Wenge Wood oraz Desert Sand, ale cała gama jest bardzo bogata. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Cienie dostajemy w kartonowym pudełeczku. Po jego otwarciu ukazują się nam piękne, eleganckie pojemniczki, w których kryją się cienie. Opakowania są zakręcane. Bardzo przypadły mi do gustu.
Cienie zaskoczyły mnie swoją trwałością. Naprawdę idealnie trzymają się na powiece, nie obsypują się. Uważam, że to ich ogromna zaleta. Bardzo dobrze nakłada się je nie tylko pędzelkiem, ale i palcami. 


Wenge Wood - brązowy, trochę przypominający czekoladę.


Desert Sand - delikatny, idealny na co dzień, ale i na większe wyjścia.  

I co tu więcej pisać... Jest tak jak napisał producent. Naprawdę cienie mnie zachwyciły i mogę dodać ich do grona swoich ulubieńców. Polecam wszystkim. 

_________________________________________________________________________________
~ KONKURS ~ KONKURS ~ KONKURS ~

Dziewczyny! Zapraszam Was do udziału w konkursie organizowanym przez Kasię na blogu http://everythinfispossible.blogspot.com/ Konkurs polega na zrobieniu wakacyjnego selfie :)
Myślę, że może to być świetna zabawa! A przy okazji można zgarnąć nagrody!
Zdjęcia można wysyłać do końca lipca.
Po więcej informacji odsyłam tu: KLIK 
Powodzenia!
_________________________________________________________________________________

piątek, 4 lipca 2014

Batiste Wild suchy szampon

Skusiłam się... skusiłam i kupiłam suchy szampon do włosów. Tyle dobrego o nim słyszałam, że nie mogłam się powstrzymać :) Firma Batiste - do tej pory spotykana w Hebe. Jednak tym razem zaskoczyła nas Biedronka, wprowadzając do aktualnej, kosmetycznej gazetki te produkty. Cena bardzo zadowalająca i zachęcająca do zakupu, 10,99zł! za 200ml. W Hebe kosztują one około 15-16zł.
W Biedronce suchy szampon dostępny jest w pięciu wersjach: Wild, Original, Tropical, Blush i Fresh.
Gazetka jest ważna od 3.07 do 16.07


W prawdzie obecnie używam suchego szamponu z Timotei, ale mimo to postanowiłam skorzystać z promocji i przekonać się czy te produkt są naprawdę takie dobre. Jest to mój pierwszy zakup szamponu z Batiste. 
Zdecydowałam się za zakup wersji Wild. Prawdę mówiąc wzięłam ten szampon w ciemno, nie znając wcześniej jego zapachu. Produkty były bardzo porządnie zamknięte folią, więc nie było możliwości jego sprawdzenia. I dobrze! Przynajmniej mam pewność, że nikt wcześniej nim nie psikał.

Opakowanie bardzo mi się spodobało :) Jak widzicie jest w centki, które od razu kojarzą się z "dziką" wersją szamponu. Zapach także przypadł mi do gustu i jestem zadowolona, że tak trafiłam :) Jest on dość mocny, ale przyjemny. Bardzo wyrazisty.
Odkryj dzikość serca z Batiste Wild. Nie dla nieśmiałych - Wild, zapach "za pazurem", drapieżny i elegancki - przyciąga zmysłowym połączeniem kakao, wanilii i piżma z drzewnym i kwiatowymi nitami. Z orientalną, zadziorną nutą - dla kobiet, które ufają swoim instynktom i wiedzą, czego chcą.


Niestety jestem dopiero po pierwszym użyciu tego suchego szamponu (chcę najpierw skończyć Timotei), ale już mogę stwierdzić, że naprawdę dobrze się spisuje i spełnia swoją rolę. Włosy są lekko podniesione, zdecydowanie odświeżone. Dużym plusem jest, że nie pozostawia białych śladów i nie musiałam go wyczesywać. Efekt utrzymuje się kilka godzin.
Mam nadzieję, że podczas częstego stosowania także będę z niego zadowolona. Jestem bardzo ciekawa jego działania na dłuższą metę. 

Bardzo mocno zastanawiam się nad dodatkowym zakupem wersji Tropical, ale chyba odpuszczę... Nie chcę robić kolejnych zapasów. Poza tym suche szampony mimo, że się przydają, mam dość długo.

Jakie jest Wasze zdanie na temat suchych szamponów? Stosujecie? Znacie firmę Batiste czy może Waszym ulubieńcem jest coś innego?

środa, 2 lipca 2014

Denko Czerwiec

Jak ten czas szybko leci... mamy już lipiec! A skoro zaczął się nowy miesiąc czas podsumować czerwcowe zużycia. Jest ich znacznie więcej niż w poprzednim miesiącu. Powiem Wam, że bardzo się z tego cieszę bo przydałoby mi się pozbyć kosmetycznych zapasów ;) Co mnie zachwyciło, a czego więcej nie kupię? Zapraszam do czytania :)


W tym miesiącu zużyłam dwa razy więcej produktów niż w poprzednim :) Taki traf, ponieważ już na początku czerwca miałam pewną ilość pustych opakowań, a także w ostatnich dniach udało mi się wykończyć kilka kosmetyków. A co za tym idzie, lipiec zapewne będzie bardziej ubogi. 


1. Żel pod prysznic, Oriflame - Nature Secrets - złuszczający żel pod prysznic o zapachu mięty i maliny. Posiada małe peelingujące drobinki. Nie ściera za mocno, ale efekt jest w porządku. Pachnie nieziemsko! Naprawdę uwielbiam ten zapach, czuć go nawet w łazience przez pewien czas po skończonym prysznicu. Szkoda, że na skórze nie jest tak intensywny. Sympatią do tego produktu zaraziła mnie mama. Zdecydowanie kupiłabym ponownie, a nawet już to zrobiłam ;)

2. Żel pod prysznic, Luksja - Pisałam na jego temat tu: KLIK. Zużyłam go dopiero teraz bo czekał w swojej kolejce. Tak jak pisałam wcześniej, zapach mógłby być lepszy. Nie wiem czy bym go kupiła ponownie. Może gdyby był  w jakiejś promocji i gdy bym nie miała nic innego na oku.

3. Peeling myjący, Joanna - zdecydowanie są to moje ulubione peelingi :) Najbardziej cenie je za zapach, w którym można się zakochać. Jak widać na zdjęciu tym razem miałam wersję z pomarańczą, ale wypróbowałam już wiele innych kompozycji. Każda mi się podobała. Peelinguje też dobrze. Każdemu polecam. Kupiłabym ponownie.


4. Szampon z jedwabiem, Romantic Professional - oj średniaczek. Jego plusami z pewnością są cena, pojemność i pompka, która przy takiej wielkości produktu jest po prostu niezbędna. Zapach nie jest ładny, ale ciężko mi go do czegoś porównać. Szampon ma dawać naszym włosom połysk i elastyczność. Co do połysku to nie wiem czy coś dał, ale z elastycznością się zgodzę. Musiałam go dość sporo nałożyć żeby naprawdę dobrze się pienił, zazwyczaj wtedy przesadzałam i ciężko mi go było spłukać z nadmiaru piany. Jest bardzo wydajny. Miałam go naprawdę długo, a używałam go z mamą. Nie zrobił nic złego z moimi włosami, ale tak jak pisałam w poprzednim poście, one wytrzymują dużo. Szampon bardzo przeciętny. Nie kupiłabym ponownie.

5. Żel do twarzy, BeBeauty - kupiony oczywiście w Biedronce. Jest w formie kremu. Nie podrażnia, ładnie myje. Może delikatnie wysusza, zazwyczaj zauważałam to na czole. Zapach nie przypomina mi nic, ale nie jest drażniący, więc ogólnie na plus. Kupiłabym ponownie.

6. Zmywacz do paznokci, BeBeauty - kolejny biedronkowy produkt. Miałam już wiele opakowań tego zmywacza. Kupowałam go też, gdy był w starym opakowaniu w buteleczce. Ogólnie jestem zadowolona, ale zdaję sobie sprawę, że nie jeden zmywacz jest od niego lepszy. Powiem Wam, że zapach nawet mi się podoba. Zmywa dobrze, ale przy ciemniejszych kolorach lakieru potrzebny jest dodatkowy wacik. Pompka także jest bardzo ciekawym rozwiązaniem. Minusem jest to, że czasami zmywacz "wybija". Czyli w jakiś dziwny sposób wydostaje się na zewnątrz, drogami, które tylko jemu są znane i zostaje na "talerzyku" pompki. A wtedy zmywacz czuć w całej szafce. Na szczęście nie trafia się to często. Kupiłabym ponownie.

7. Żel do golenia, Joanna - Mój ulubieniec, zdecydowanie! To już kolejne zużyte przeze mnie opakowanie. Bardzo polubiłam produkty do depilacji w formie żelu. Cudownie się rozprowadza. Jest bardzo wydajny. Sprawia, że skóra jest miękka i przyjemna w dotyku. Pojemność 200ml. Z czystym sumieniem polecam wszystkim.Kupię ponownie na 100%.

8. Płyn do demakijażu oczu, Marion - Występuje w formie dwufazowej. Do tej pory używałam płynu z firmy Ziaja, ale chciałam wypróbować coś innego bo jak długo można stosować ten sam produkt :P i to był mój błąd! Producent płynu Marion obiecuje, że nie powoduje on podrażnień oraz, że jest delikatny i ma łagodną formułę. Więcej! Pisze, że jest polecany dla osób noszących szkła kontaktowe. Niestety... Po jego użyciu piekły mnie oczy. I to jest największy minus, który wpływa na moją decyzję dotyczącą jego ponownego zakupu. Zmywa makijaż bardzo podobnie jak Ziaja. Nie kupiłabym ponownie!

9. Jedwab do włosów, Biosilk - Jest to kolejne zużyte przeze mnie opakowanie. Fakt, produkt mały, ale wydajny. Włosy po nim są naprawdę przyjemne w dotyku. Bardzo miękkie. Wiem, że wiele osób nazywa ten jedwab "małym alkoholikiem", ale mi nie zrobił nic złego z włosami. A nawet lubiłam go używać. Trzeba się pilnować, aby nie przesadzić z aplikowaną ilością bo za bardzo obciążymy włosy. Kupiłabym go ponownie, ale na razie przestawiłam się na olejek arganowy. 

10. Woda toaletowa, Avon, Ultra Sexy - kompozycja stworzona z nut gruszki, zniewalającej magnolii i zmysłowych aromatów złotego bursztynu. Kategoria: kwiatowo-owocowo-drzewna. Wodę toaletową dostałam w prezencie. Bardzo spodobał mi się zapach. Wart uwagi. Buteleczka także jest piękna i cudownie wygląda z półce. Piękny koronkowy kwiat (?), który pełni rolę blokady atomizera. Kupiłabym ponownie.


11. Mleczko do ciała, Avon - zapach granatu i mango. W poprzednim denku pisałam o żelu pod prysznic z tej serii. Teraz przyszła kolej na mleczko. Jestem zadowolona. Dobrze nawilża i cudownie pachnie! Spodobało mi się wieczko tego produktu. Przydało się, gdy kosmetyk już się kończył i bez problemu można go było postawić na zamykaniu, aby produkt spłynął. Kupiłabym ponownie.

12. Fluid, La Roche-Posay, Anthelios XL - pisałam o nim tu: KLIK, więc nie będę się znowu rozpisywała. Nie kupiłabym ponownie.

13. Krem do rąk, Joanna - czekoladowy. Na początku byłam nim zachwycona! Bardzo podobał mi się zapach. Nie przypominał on jednak czekolady, a raczej hmm... delicje. Ogólnie krem dobrze się wchłania i wygładza dłonie. Nie pozostawia tłustego filmu. Do działanie nie mogę się przyczepić. Za to ten zapach... po pewnym czasie użytkowania po prostu nie mogłam go znieść! Bardzo mnie drażnił. Zaczęłam wyczuwać w nim jakieś chemiczne składniki. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak się cieszę, że go w końcu skończyłam. Krem jest dobry i polecam go osobom, którym nie będzie przeszkadzał ten zapach. A ja? Nie kupiłabym go ponownie.

Uff... i to tyle. Gratuluję wszystkim, którzy przeczytali całość :) I dziękuje tym, którzy przeczytali chociaż część. Teraz powiedzcie co Wy sądzicie o tych produktach? Które z nich znacie i jakie jest Wasze zdanie na ich temat?